Pohl Frederic - Gateway Za B��kitnym Horyzontem Zdarze� - Korporacja Robina Broadheada

KORPORACJA ROBINA BROADHEADA



    Je�dzili�my w�a�nie z Essie na nartach wodnych po Morzu Tappajskim, kiedy zabrz�cza�o moje umocowane na szyi radio, podaj�c informacj�, �e w Fabryce Po�ywienia pojawi� si� kto� obcy. Poleci�em, �eby ��d� natychmiast zawr�ci�a i zaci�gn�a nas z powrotem na d�ugi odcinek nadmorskiej posiad�o�ci Robina Broadheada, i dopiero wtedy powiedzia�em Essie, o co chodzi.
     - Ch�opiec? - przekrzycza�a z trudem ha�as wodorowego silnika i wiatr. - Sk�d, u diab�a, wzi�� si� tam jaki� ch�opiec?
     - Tego w�a�nie musimy si� dowiedzie� - krzykn��em w odpowiedzi. ��dka bardzo zr�cznie podci�gn�a nas zygzakiem na p�ytk� wod� i zaczeka�a, a� wyskoczymy i zaczniemy biec po trawie. Kiedy stwierdzi�a, �e nas nie ma, odp�yn�a z warkotem wzd�u� brzegu.
    Ociekaj�c wod� pobiegli�my natychmiast do pomieszczenia naukowego. Zacz�li�my przygotowywa� instrumenty optyczne, a na ekranie holo ukaza� si� wychudzony, zabiedzony m�odzieniec ubrany w co�, co przypomina�o rozci�t�, kr�tk� sp�dniczk� i brudn� tunik�. Na poz�r nie stanowi� �adnego zagro�enia, ale do diab�a, przecie� w og�le nie mia� prawa tam si� znale��!
    - G�os! - poleci�em i poruszaj�ce si� wargi zacz�y przemawia� dostatecznie poprawn� angielszczyzn�.
    - Tak, do g��wnej stacji jest st�d jakie� siedem siedmio-dni, to znaczy tygodni. Cz�sto tu przylatuj�.
    - Ale jak, na Boga? - Nie widzia�em osoby, kt�ra m�wi�a, ale by� to m�czyzna m�wi�cy bez akcentu, Paul Hall.
    - Oczywi�cie statkiem. Czy wy te� macie statek? Zmarli m�wi� tylko o podr�owaniu statkami. Nie znam �adnego innego sposobu.
    - Nieprawdopodobne - rzuci�a Essie nad moim ramieniem. Nie odrywaj�c oczu od ekranu cofn�a si� i wr�ci�a z aksamitnymi szlafrokami - jeden zarzuci�a mi na ramiona, drugi na siebie.
     - Co to jest „g��wna stacja", jak my�lisz?
    - Sam chcia�bym to wiedzie�. Harriet? G�osy z ekranu ucich�y i odezwa�a si� moja sekretarka.
    - S�ucham, panie Broadhead?
    - Kiedy on tam dotar�?
    - Oko�o siedemnastu i czterech dziesi�tych minuty temu. Oczywi�cie plus czas przep�ywu informacji na Ziemi�. Odkry�a go Janine Herter. Wygl�da na to, �e nie mia�a ze sob� kamery, wi�c otrzymali�my tylko d�wi�k, dop�ki nie do��czyli do niej pozostali cz�onkowie za�ogi.
    - Jak tylko urwa�a, znowu da� si� s�ysze� g�os postaci na ekranie. Harriet to bardzo dobry program, jeden z najlepszych, jaki Essie u�o�y�a.
    - Przepraszam, je�li zachowa�em si� niew�a�ciwie - powiedzia� ch�opiec i zamilk�.
    - Nie szkodzi - odezwa� si� po chwili milczenia Peter Herter. - Czy na g��wnej stacji s� jeszcze inni ludzie? Ch�opiec wyd�� wargi.
    - To zale�y od tego - zacz�� filozoficznie - jak zdefiniujemy poj�cie „cz�owieka". W sensie �ywego organizmu naszego gatunku - nie. Najbli�si tej definicji s� Zmarli.
    - Czy jeste� g�odny? Czy czego� nie potrzebujesz? - odezwa� si� kobiecy g�os Doremy Herter-Hall.
    - Nie, dlaczego?
    - Harriet? A co to by�o z tym niew�a�ciwym zachowaniem? - spyta�em.
    Harriet lekko si� zawaha�a.
    - No c�. Doprowadzi� si� do orgazmu, panie Broadhead. Na oczach Janine Herter.
    Wybuchn��em �miechem - nie mog�em si� powstrzyma�.
    - Essie - zwr�ci�em si� do �ony - Harriet jest chyba zbyt delikatna. - Ale nie z tego si� �mia�em. �mieszy�a mnie absurdalno�� sytuacji. Mog�em si� spodziewa� wszystkiego. Dos�ownie wszystkiego - Heecha, pirat�w kosmicznych, Marsjan, B�g zreszt� wie, czego, ale nie tego - nie pe�nego chuci nastolatka.
     Z ty�u us�ysza�em zgrzyt stalowych pazur�w i co� mi wskoczy�o na plecy.
    - Zje�d�aj! - warkn��em.
    - Pozw�l mu tylko przytuli� si� na chwil� do twojej szyi. Zaraz sobie p�jdzie - poprosi�a Essie.
    - Nie jest zbyt delikatny w swych odruchach czu�o�ci. Nie mogliby�my si� go pozby�?
    - Na, na, galubka - pr�bowa�a za�agodzi� k��tni�, klepi�c mnie delikatnie po czubku g�owy. - Chcesz przecie� mie� Pe�ny Serwis Medyczny? Squiffy to jego cz��.
     Poca�owa�a mnie i wysz�a z pokoju, zostawiaj�c mnie z my�l�, kt�ra, co dziwne, lekko i niepokoj�co dra�ni�a moje wn�trze. Zobaczy� Heecha! No c�, nie zobaczyli�my. A gdyby si� tak sta�o?
    Kiedy pierwsi badacze Wenus odkryli �lady Heech�w - niebieskawo b�yszcz�ce tunele, jaskinie w kszta�cie wrzeciona, prze�yli prawdziwy szok. Potem par� innych artefakt�w - i kolejny szok. Jak one wygl�da�y? By�y to zwoje metalu, kt�re kto� nazwa� „wachlarzami modlitewnymi" (tylko czy Heechowie si� modlili? A je�li tak, to do kogo?). By�y te� b�yszcz�ce koraliki nazywane „ognistymi per�ami", ale to nie by�y per�y i nie mia�y nic wsp�lnego z ogniem. Potem kto� odkry� asteroid Gateway - i to by� najwi�kszy szok, poniewa� znajdowa�o si� tam kilkaset nadal funkcjonuj�cych statk�w kosmicznych. Tyle �e nie da�o si� nimi kierowa�. Mo�na by�o wsi��� i lecie� - tylko tyle - a kiedy ju� si� dolecia�o, mo�na by�o odnale�� co�, co by�o szokuj�ce, szokuj�ce, i jeszcze raz szokuj�ce.
     Zdawa�em sobie z tego spraw�. Prze�y�em szok w czasie moich trzech - nie, dw�ch - zwariowanych misji. I potem jednej, w kt�rej nie by�o nic z szale�stwa. Da�a mi bogactwo, ale pozbawi�a kogo�, kogo kocha�em. Trudno jedno albo drugie rozpatrywa� w kategoriach szale�stwa.
    I od tamtej pory Heechowie, kt�rzy wygin�li, albo znikn�li p� miliona lat temu, kt�rzy nie pozostawili po sobie ani jednego s�owa wyja�niaj�cego, kim byli, stali si� cz�stk� naszego �wiata. Istnia�y same pytania, a niezbyt wiele odpowiedzi. Nie wiemy nawet, jak nazywali siebie - na pewno nie „Heechami", poniewa� to nazwa, kt�r� wymy�lili dla nich poszukiwacze. Nie mamy poj�cia, jak te odleg�e, podobne bogom istoty nazywa�y siebie. Ale nie wiemy te�, jak B�g nazywa siebie. Jehowa, Jupiter, Baal, Allah - to imiona wymy�lone przez ludzi. Kto wie, pod jakim imieniem znali go Jego bracia?
     Pr�bowa�em wyobrazi� sobie, jak bym si� czu�, gdyby nieznana istota w Fabryce Po�ywienia rzeczywi�cie okaza�a si� Heechem, kiedy us�ysza�em spuszczanie wody w toalecie. Essie wysz�a, a Squiffy po�pieszy� do muszli klozetowej. Z posiadania Pe�nego Serwisu Medycznego wyp�ywaj� pewne niedogodno�ci, a jedna z nich to wkurzaj�cy mnie ruchomy bioanalizator.
    - Marnujesz m�j czas programowy - powiedzia�a Essie z wyrzutem i zda�em sobie spraw� z tego, �e Harriet siedzi cierpliwie, czekaj�c na polecenie, aby przekaza� dalsze informacje o sprawach wymagaj�cych mojej uwagi. Na wszelki wypadek raport z Fabryki Po�ywienia zosta� nagrany i od�o�ony, wi�c Essie uda�a si� do swego biura, by zaj�� si� w�asnymi sprawami nie cierpi�cymi zw�oki, a ja poleci�em Harriet, by zacz�a przygotowania do lunchu, a potem pozwoli�em jej wr�ci� do obowi�zk�w sekretarki.
    - Jutro rano sk�ada pan zeznania przed senack� Komisj� Bud�etow�.
    - Tak, wiem, b�d� tam jutro.
    - Na ten weekend ma pan zaplanowane badania. Czy mam je potwierdzi�?
    To kolejna niedogodno��, kt�ra wynika z Pe�nego Serwisu - Essie na tym zale�y, jest dwadzie�cia lat ode mnie m�odsza i dba o to, �ebym czego� nie przeoczy�.
    - No dobra, lepiej mie� to ju� z g�owy.
    - Niejaki Hanson Bover zaskar�y� pana do s�du i Morton chce z panem o tym porozmawia�. Dor�czono wyci�g z pa�skiego konta. Le�y na biurku. Nie ma tam tylko akcji kopalni po�ywienia, kt�re zostan� uzupe�nione dopiero jutro. Jest te� kilka mniej wa�nych wiadomo�ci. Wi�kszo�ci� spraw zaj�am si� sama - mo�e pan si� z nimi zapozna� w dogodnej chwili.
     - Dzi�kuj�, to wszystko. - Ekran sta� si� przezroczysty, a ja zag��bi�em si� w fotel i zacz��em rozmy�la�.
    Nie musia�em ogl�da� wyci�gu - wiedzia�em do�� dobrze, co zawiera. Handel nieruchomo�ciami szed� dobrze; odrobina pieni�dzy, kt�r� zainwestowa�em w uprawy morskie, mia�a przynie�� w tym roku rekordowy doch�d. Z niczym nie by�o k�opot�w z wyj�tkiem kopalni. Ostatnia Gor�czka spowodowa�a du�e straty. Nie mog�em jednak mie� pretensji do ludzi z Cody, �e kiedy gor�czka stu trzydziestu dni si� zacz�a, nie wykazali wi�kszej odpowiedzialno�ci ni� ja. Ale spod ich kontroli wymkn�y si� jako� termiczne odwierty i pod ziemi� pali�o si� pi�� tysi�cy akr�w i�u. Trzy miesi�ce zaj�o nam doprowadzenie kopalni do stanu u�ywalno�ci i nadal nie wiedzieli�my, ile to mia�o kosztowa�. Nic dziwnego, �e ich bilans kwartalny si� sp�nia�.
    Ale to by�o tylko drobne niepowodzenie, a nie prawdziwe nieszcz�cie. By�em zbyt wszechstronny, �eby zniszczy� mnie mog�a jedna pod�amana ga���. Gdyby nie rada Mortona, w og�le nie zawraca�bym sobie g�owy kopalniami po�ywienia - dzi�ki wymuszonym limitom podatkowym stanowi�y ciekaw� propozycj�. Ale �eby w to wej�� sprzeda�em wi�kszo�� udzia��w w plantacjach morskich. Morton wymy�li�, �e nadal potrzebuj� os�ony podatkowej, wi�c za�o�yli�my Instytut Broadheada dla Bada� Pozas�onecznych. Instytut jest w�a�cicielem ca�ego mojego kapita�u, ale mam prawo wypowiada� si� na temat jego dzia�alno�ci. Uda�o mi si� go po��czy� z Korporacj� Gateway jako wsp�w�a�cicielem - to oni finansowali sondy do czterech wykrytych, lecz nie zbadanych �r�de� metalu Heech�w w pobli�u naszego systemu s�onecznego, b�d� w jego obr�bie, a jednym z nich by�a Fabryka Po�ywienia. Jak tylko uda�o im si� tam dotrze�, zorganizowali�my samodzielne towarzystwo eksploatacyjne, �eby si� tym zaj�o i teraz perspektywy rysowa�y si� naprawd� interesuj�co.
     - Harriet! Chcia�bym jeszcze raz mie� bezpo�redni obraz z Fabryki Po�ywienia - powiedzia�em. Pojawi�o si� holo. Ch�opiec nadal m�wi� podnieconym, wysokim i piskliwym g�osem. Pr�bowa�em pochwyci� sens tego, co m�wi: co� o Zmar�ym (ale to nie by� m�czyzna, poniewa� mia� na imi� Henrietta), kt�ry z nim rozmawia� (czyli nie by� martwy?) o swojej wyprawie z Gateway (kiedy? dlaczego o niej nie s�ysza�em?). Wszystko to by�o takie skomplikowane! Wpad�em wi�c na lepszy pomys�.
     - Prosz� Alberta Einsteina! - poleci�em. Holobraz zamigota� i ukaza�a si� mi�a, wpatruj�ca si� we mnie pomarszczona twarz.
    - S�ucham, Robin? - odezwa� si� m�j program naukowy si�gaj�c po fajk� i tyto�, tak jak zawsze to robi, kiedy rozmawiamy.
    - Chcia�bym us�ysze� najbardziej prawdopodobne dane na temat Fabryki Po�ywienia i ch�opca, kt�ry si� tam znalaz�.
    - Rozumiem - odpar� ubijaj�c kciukiem tyto�. - Ch�opiec nazywa si� Wan. Zdaje si�, �e ma oko�o czternastu do dziewi�tnastu lat, z prawdopodobie�stwem przemawiaj�cym za doln� granic� tego przedzia�u, i przypuszczam, �e genetycznie jest w pe�ni istot� ludzk�.
    - Sk�d pochodzi?
    - Mo�emy si� tylko domy�la�. M�wi o „g��wnej stacji", prawdopodobnie innym artefakcie Heech�w przypominaj�cym poniek�d Gateway, Gateway Dwa, czy te� Fabryk� Po�ywienia, lecz nie charakteryzuj�cym si� �adn� okre�lon� funkcj�. Wygl�da na to, �e nie ma tam innych istot ludzkich. M�wi o „Zmar�ych", kt�rzy, jak si� wydaje, s� programami komputerowymi takimi jak ja, cho� nie ma jasno�ci co do ich pochodzenia. Wspomina r�wnie� o innych istotach �ywych, kt�re nazywa „Starcami", czy te� „�aboszcz�kowcami". Ma z nimi niewielki kontakt, a w rzeczywisto�ci raczej ich unika. Ich pochodzenie jest niejasne.
    Wzi��em g��boki oddech.
    - To Heechowie?
    - Nie wiem, trudno mi nawet robi� jakie� przypuszczenia. Zgodnie z brzytw� Ockhama mo�na by s�dzi�, �e istoty �ywe nie b�d�ce lud�mi i zamieszkuj�ce artefakt Heech�w, to Heechowie - brak jednak na to bezpo�redniego dowodu. Przecie� wiesz, �e nie mamy poj�cia, jak Heechowie wygl�daj�.
    I bardzo mnie podnieca�a ta my�l, �e mo�e wkr�tce si� dowiemy.
    - Co� jeszcze? Mo�esz mi powiedzie�, jak posuwaj� si� pr�by przetransportowania fabryki?
    - Oczywi�cie - odpar� przypalaj�c fajk�. - Obawiam si� jednak, �e nie mam dobrych wiadomo�ci. Wygl�da na to, �e obiekt jest w pe�ni zaprogramowany i kontrolowany. Na ka�d� nasz� pr�b� odpowiada kontrakcj�.
    Przedtem musieli�my si� gruntownie zastanawia�, czy zostawi� Fabryk� w ob�oku Oorta i jako� transportowa� po�ywienie na Ziemi�, czy przyci�gn�� ca�� Fabryk�. Teraz wygl�da�o na to, �e nie ma ju� wyboru.
    - Czy jest tam...? Czy my�lisz, �e kontroluj� j� Heechowie?
    - Nie ma �adnych podstaw, by tak s�dzi�. A w zasadzie zak�ada�bym, �e nie. Wygl�da na to, �e to reakcja automatyczna. Tym niemniej - powiedzia� pykaj�c z fajki - jest co�, co napawa optymizmem. Czy mog� pokaza� ci kilka obraz�w z Fabryki?
    - Bardzo prosz� - odpar�em, cho� w�a�ciwie nie czeka� na odpowied�. Program Alberta jest uprzejmy, ale przede wszystkim inteligentny. Znikn�� i mia�em przed oczyma wizerunek ch�opca - Wana pokazuj�cego Peterowi Herterowi jak otworzy� co�, co wygl�da na w�az w �cianie korytarza. Wyci�gn�� stamt�d sflacza�e mi�kkie paczki w jasnoczerwonym opakowaniu.
    - Jak si� wydaje, znalaz�y potwierdzenie nasze przypuszczenia co do natury tego artefaktu. To co� jest jadalne i, jak twierdzi Wan, nieustannie si� odtwarza. �ywi� si� tym przez wi�ksz� cz�� swojego �ycia i, jak wida�, cieszy si� w zasadzie doskona�ym zdrowiem. Obawiam si� tylko, �e teraz w�a�nie si� zazi�bi�.
    Spojrza�em na zegar ponad jego ramieniem. Dla mojej wygody zawsze wskazuje w�a�ciwy czas.
    - A wi�c to wszystko. Informuj mnie, je�li pojawi si� co�, co zmieni twoje wnioski.
    - Oczywi�cie - odpar� znikaj�c.
     Zacz��em zbiera� si� do wyj�cia. Rozmowa o jedzeniu uprzytomni�a mi, �e lunch powinien by� ju� gotowy. A ja nie tylko by�em g�odny, mia�em tak�e plany na poobiedni� sjest�. Owin��em si� szlafrokiem i wtedy przypomnia�em sobie wiadomo�� o post�powaniu s�dowym. Tego typu sprawy to nic niezwyk�ego w �yciu bogatego cz�owieka, ale skoro Morton chcia� ze mn� porozmawia�, pewnie powinienem go wys�ucha�.
    Odpowiedzia� natychmiast. Siedzia� rozgor�czkowany za biurkiem.
    - Zaskar�ono nas - poinformowa�. - Zaskar�ono Korporacj� Eksploatacji Fabryki Po�ywienia, Korporacj� Gateway, ponadto Paula Halla, Dorem� Herter-Hall, Petera Hertera, tych dwoje in propria persona, a tak�e jako opiekun�w pozwanej Janine Herter. Ponadto Fundacj� oraz ciebie osobi�cie.
    - Jestem przynajmniej, jak wida�, w doborowym towarzystwie. Czy mam si� tym martwi�? Chwila milczenia.
    - Owszem, troch� - odpar� z namys�em. - Oskar�enie wnosi Hanson Bover. M�� Trish, czy mo�e raczej wdowiec po Trish, zale�y, jak na to spojrze�. - Morton dr�a� odrobin�. To wynik usterki w jego programie. Essie ci�gle zapomina, �eby go naprawi�, ale ta usterka nie ma wp�ywu na jego kompetencje prawnicze, a mnie nawet odpowiada. - Zadeklarowa� si� jako opiekun maj�tku Trish Bover i na podstawie tego, �e ona pierwsza wyl�dowa�a w Fabryce Po�ywienia, domaga si� udzia�u we wszystkich zyskach, tak jakby sam uczestniczy� w pomy�lnie zako�czonej misji.
    To nie by�o zabawne. Nawet je�li nam si� nie uda ruszy� tego cholerstwa, premia przy nowym rozwoju wypadk�w mo�e sporo wynie��.
    - Jak mo�e co� takiego zrobi�? Podpisa�a przecie� normalny kontrakt. Wystarczy go tylko przedstawi�. Nie wr�ci�a, nie ma prawa do udzia�u.
    - Tak b�dziemy musieli zrobi�, je�li znajdziemy si� w s�dzie. Masz racj�, Robin. Tamta strona powo�uje si� na kilka precedens�w. Mo�e niezbyt oczywistych, ale jednak. Jej prawnik uwa�a, �e cho� stare, maj� swoj� wymow�. Najwa�niejszy dotyczy faceta, kt�ry podpisa� kontrakt na pi��dziesi�t tysi�cy dolar�w, �e przejdzie po linie nad Niagar�. Nie dosta�by forsy, gdyby si� impreza nie odby�a. Spad� w po�owie drogi. S�d uzna�, �e popis si� jednak odby�, wi�c musieli wyp�aci� fors�.
    - Ale� to szale�stwo, Morton!
    - Takie jest prawo dowodowe, Robin. Ale, jak m�wi�em, masz si� martwi� tylko troch�. Wydaje mi si�, �e nic nam si� nie stanie. Nie jestem tego tylko pewien. Musimy w ci�gu dwu dni si� tam pokaza�. A potem zobaczymy.
    - Dobra, zwijaj si�, Morton - poleci�em i wsta�em, bo teraz by�em ju� zupe�nie pewien, �e pora na lunch. Rzeczywi�cie, Essie w�a�nie schodzi�a i, ku mojemu rozczarowaniu, by�a kompletnie ubrana.
    Essie to pi�kna kobieta i jedn� z przyjemno�ci ma��e�stwa z ni� by�o to, �e co roku wygl�da�a lepiej. Obj�a mnie za szyj� i ruszyli�my ku jadalni na werandzie.
    - Co si� sta�o? - spyta�a po chwili spogl�daj�c na mnie.
    - Nic, moja droga - odpar�em. - Tyle, �e planowa�em po lunchu zaprosi� ci� na wsp�lny prysznic.
    - Ale z ciebie stary lubie�nik! - odpar�a ostro. - A mo�e we�miemy prysznic wieczorem, kiedy i tak idziemy do ��ka?
    - Wieczorem musz� by� w Waszyngtonie. Ty jutro wyje�d�asz do Tucson na konferencj�, a w ten weekend musz� si� zg�osi� na sw�j przegl�d medyczny. Nie ma to zreszt� wi�kszego znaczenia.
    Usiad�a przy stole.
    - Jeste� tak�e godnym politowania k�amczuchem - zauwa�y�a. - Zjadaj szybko, staruszku. Nie mo�na si� przecie� za cz�sto k�pa�.
     - Wiesz Essie, �e jeste� cholernie zmys�owa. To jedna z twoich najwspanialszych cech.



    Kwartalny bilans moich udzia��w w kopalni po�ywienia znalaz� si� w moim apartamencie w Waszyngtonie przed �niadaniem. By�o gorzej, ni� przypuszcza�em. Co najmniej dwa miliony dolar�w sp�on�y pod wzg�rzami Wyoming, a nast�pne pi��dziesi�t tysi�cy sz�o z dymem ka�dego dnia, dop�ki nie wygasn� po�ary. Je�li w og�le wygasn�. Nie oznacza�o to jeszcze wi�kszego nieszcz�cia, ale mog�o zamkn�� mi dost�p do do�� �atwych kredyt�w. I nie tylko ja o tym wiedzia�em, bo do momentu, kiedy dotar�em do sali przes�ucha� senatu wydawa�o si�, �e wiedzia� o tym ca�y Waszyngton. Z�o�y�em kr�tkie zeznanie, jakie ju� sk�ada�em wcze�niej, a kiedy sko�czy�em, senator Praggler schowa� protok� i zabra� mnie na obiad.
    - Nie mog� ci� rozgry��, Robin. Czy ten po�ar nie zmieni� wcale twoich pogl�d�w na niekt�re sprawy? - spyta�.
    - Dlaczego? Ja my�l� d�ugofalowo. Potrz�sn�� g�ow�.
    - Masz znaczny udzia� w kopaniach po�ywienia, a tutaj obstajesz przy podwy�szeniu podatku od kopalni. Nic z tego nie rozumiem.
    Wyja�ni�em mu to wszystko od pocz�tku. Jako ca�o��, kopalnie po�ywienia bez problemu mog�yby sobie pozwoli� na zainwestowanie, powiedzmy, dziesi�ciu procent dochodu brutto w przywracanie G�rom Skalistym ich w�a�ciwego wygl�du po wydobyciu i�u. Ale �adne przedsi�biorstwo nie mog�oby si� na to zdoby� w pojedynk�. Gdyby�my to zrobili, straciliby�my konkurencyjn� pozycj� i ka�dy m�g�by nas wykupi� po zani�onych cenach.
    - Wi�c je�li to przeprowadzisz, Tim - rzek�em - wszyscy b�dziemy zmuszeni tak zrobi�. Ceny �ywno�ci wprawdzie wzrosn�, ale niewiele. Moi ksi�gowi uwa�aj�, �e od o�miu do dziewi�ciu dolar�w rocznie na osob�. I znowu b�dziemy mieli prawie dziewiczy krajobraz.
    - Jeste� niesamowity - za�mia� si�. - Dlaczego nie kandydujesz do senatu? Przy tych wszystkich twoich dobrych uczynkach i forsie, nie m�wi�c ju� o tym - wskaza� g�ow� na bransolety podr�ne, kt�re nadal nosi�em, trzy dla oznaczenia trzech misji, a ka�d� zdoby�em na Gateway pokonuj�c piekielny, parali�uj�cy mnie strach.
    - Nie chc�, Tim. Poza tym, gdybym kandydowa� z Nowego Jorku by�bym twoim rywalem, albo Sheili. A tego bym sobie nie �yczy�. Poza tym, zamierzam przeprowadzi� si� z powrotem do Wyoming.
    Poklepa� mnie po ramieniu.
    - Ten jeden raz uciekn� si� do troch� staro�wieckiej zagrywki politycznej. Postaram si� przeforsowa� t� poprawk�, cho� diabli wiedz�, co twoim rywalom przyjdzie do g�owy, �eby temu zapobiec.
    Kiedy si� rozstali�my, powlok�em si� z powrotem do hotelu. Nie by�o �adnego powodu, �eby w po�piechu wraca� do Nowego Jorku, bo Essie i tak przebywa�a w Tucson, wi�c postanowi�em sp�dzi� reszt� dnia w moim apartamencie w hotelu w Waszyngtonie. Jak si� okaza�o p�niej, by�a to z�a decyzja. Ale wtedy jeszcze tego nie wiedzia�em. Zastanawia�em si�, czy przeszkadza mi to, �e nazywaj� mnie „dobroczy�c�". M�j dawny psychoanalityk doprowadzi� mnie do momentu, w kt�rym ch�tnie przyjmowa�em uznanie za rzeczy, kt�re, jak mi si� wydawa�o, na to zas�uguj�. Ale wi�kszo�� tego, co robi�em, robi�em dla siebie. Poprawka „rewegetacyjna" nie kosztowa�aby mnie ani grosza - straty wyr�wnaliby�my podwy�k� ceny, tak jak m�wi�em. Pieni�dze, kt�re wk�ada�em w kosmos, mog�y przynie�� dolarowe zyski i tak pewnie b�dzie, a inwestowa�em je w kosmos, poniewa� moje pieni�dze w�a�nie z kosmosu pochodzi�y. Ponadto, mia�em nie za�atwion� spraw�, gdzie� tam, daleko. Siedzia�em sobie przy oknie na pod�odze hotelowego poddasza, na czterdziestym pi�tym pi�trze, patrz�c w kierunku Kapitelu i pomnika Waszyngtona i zastanawia�em si�, czy moja nie za�atwiona sprawa jeszcze �yje. Tak� mia�em nadziej�. Nawet je�li nadal mnie nienawidzi.
     Wspomnienie o nie za�atwionej sprawie skierowa�o moje my�li ku Essie, kt�ra teraz powinna by� ju� w pobli�u Tucson, i to nape�ni�o mnie lekkim niepokojem. Zbli�a� si� kolejny atak gor�czki stu trzydziestu dni. Nie pomy�la�em o tym dostatecznie wcze�nie. Nie podoba�o mi si�, �e znajdzie si� trzy tysi�ce kilometr�w z dala ode mnie, gdyby przypadkiem okaza�o si�, �e to ostry atak. I chocia� nie jestem osob� zazdrosn�, gdyby to mia� by� atak �agodny, lecz lubie�ny i rozpustny - takie przynajmniej zdarza�y si� teraz coraz cz�ciej - zdecydowanie wola�em, �eby to ze mn� by�a lubie�na i rozpustna.
     Czemu nie? Wezwa�em Harriet i poleci�em jej zrobi� mi rezerwacj� na popo�udniowy lot do Tucson. Stamt�d r�wnie dobrze jak sk�din�d, a nawet w o wiele przyjemniejszych warunkach, mog�em dogl�da� interesu. A potem wzi��em si� za swoje sprawy. Przede wszystkim Albert.
    - Nic nowego - powiedzia�. - Z wyj�tkiem tego, �e jak si� zdaje, ch�opiec jest bardziej przezi�biony.
    - Polecili�my grupie Herter-Hall zastosowa� zwyk�e antybiotyki. A tak�e �rodki t�umi�ce objawy. Ale przecie� dostan� t� wiadomo�� dopiero za kilka tygodni.
    - Czy to co� powa�nego? Zmarszczy� czo�o pykaj�c fajk�.
    - Wan nigdy nie mia� kontaktu z wi�kszo�ci� wirus�w i bakterii - odpar�. - Wi�c nie mog� postawi� �adnej ostatecznej diagnozy. Ale nie, mam nadziej�, �e nie. Ekspedycja ma w ka�dym razie zapasy lek�w i sprz�t, aby poradzi� sobie z wi�kszo�ci� schorze� patologicznych.
    - Czy dowiedzia�e� si� o nim czego� wi�cej?
    - Nic, co zmieni�oby moje dotychczasowe przypuszczenia. - Pyk, pyk. - Jego matka by�a Hiszpank�, a ojciec Anglikiem pochodzenia ameryka�skiego. Obydwoje byli poszukiwaczami z Gateway. Tak si� przynajmniej wydaje. Poszukiwaczami by�y prawdopodobnie r�wnie� istoty, kt�re nazywa „Zmar�ymi", cho� nadal nic pewnego nie wiadomo.
    - Albert, przejrzyj stare misje z Gateway. Co najmniej sprzed dziesi�ciu lat. Mo�e ci si� uda znale�� jak�� z Hiszpank� i Amerykaninem, tak�, kt�ra nie powr�ci�a.
    - Ma si� rozumie�! - Pewnego dnia b�d� go musia� poprosi�, �eby przerzuci� si� na bardziej urozmaicone s�ownictwo, ale nawet taki, jaki jest, funkcjonuje bardzo dobrze.
    - Nie znalaz�em takiej misji - odpowiedzia� prawie natychmiast. Jest jeden statek, na kt�rym lecia�a Hiszpanka w ci��y, a kt�ry ci�gle jeszcze nie powr�ci�. Czy wy�wietli� to na ekranie?
    - Ma si� rozumie� - odpar�em, ale nie jest zaprogramowany, �eby wychwyci� takie niuanse. Zdj�cia niewiele da�y. Nie zna�em tej kobiety; by�a na Gateway d�ugo przede mn�. Prze�y�a misj� w Pi�tce, w kt�rej zgin�� jej m�� oraz trzej cz�onkowie za�ogi. Potem wzi�a Jedynk� i nikt ju� o niej wi�cej nie s�ysza�. By�a to jedna z tych misji, na kt�re po prostu trzeba pojecha� i zobaczy�, co si� z tego b�dzie mia�o. Jej si� trafi�o dziecko gdzie� hen, daleko.
    - Ale z tego nic nie wynika na temat ojca Wana.
    - Nie, Robin. Tyle, �e mo�e uczestniczy� w innej misji. Je�li za�o�ymy, �e Zmarli maj� jaki� zwi�zek z misjami, kt�re nie powr�ci�y, to przecie� tych misji by�o kilka.
    - Czy chcesz przez to powiedzie�, �e Zmarli to poszukiwacze?
    - Ma si� rozumie�, Robin.
    - Ale jak to mo�liwe? Czy chcesz powiedzie�, �e zachowa�y si� ich m�zgi?
    - W�tpliwe - odpar�, na nowo zapalaj�c w zamy�leniu fajk�. - Nie mamy dostatecznych danych, ale powiedzia�bym, �e mo�liwo�� przechowywania m�zgu w ca�o�ci to prawdopodobie�stwo nie wi�ksze ni� jeden do jednego.
    - A jakie s� inne mo�liwo�ci?
    - Mo�e to odczyt chemicznej zawarto�ci pami�ci - niewielkie prawdopodobie�stwo, by� mo�e jeden do trzech. Ale i tak w tym przypadku najwi�ksze. Dobrowolny zapis przez podmioty - gdyby na przyk�ad nagrywali jako� na ta�m� swoje wspomnienia - niskie prawdopodobie�stwo - g�ra jeden do zero zero jeden. Bezpo�redni kontakt umys�owy - co�, co mo�na by nazwa� pewnego rodzaju telepati� - prawdopodobie�stwo w przybli�eniu takie samo. Nieznane sposoby - jeden do pi�ciu i wi�cej. Oczywi�cie, Robin - doda� pospiesznie - musisz zda� sobie spraw� z tego, �e te szacunki opieraj� si� na niedostatecznych danych i nieodpowiednich hipotezach.
     - Przypuszczam, �e zrobi�by� to lepiej, gdyby� m�g� bezpo�rednio porozmawia� ze Zmar�ymi.
    - Ma si� rozumie�, Bob. I w�a�nie zamierzam poprosi� o takie po��czenie przez komputer pok�adowy misji Herter-Hall, lecz wymaga to uprzedniego szczeg�owego zaprogramowania. To niezbyt dobry komputer, Robin. - Zawaha� si� przez chwil�. - S�uchaj, jest jedna interesuj�ca sprawa.
    - Co takiego?
    - Jak wiesz, kiedy odkryto Fabryk� Po�ywienia dokowa�o na niej kilka du�ych statk�w. Od tamtej pory Fabryka jest pod �cis�� obserwacj� i liczba statk�w pozosta�a ta sama - nie licz�c statku wyprawy Herter-Hall, no i oczywi�cie tego, kt�rym dwa dni temu przyby� Wan. Ale nie ma pewno�ci, czy to te same statki.
    - Co takiego?
    - To jeszcze nic pewnego - podkre�li�. - Statki Heech�w s� do siebie bardzo podobne. Ale szczeg�owe analizy zbli�e� wykazuj� odmienne ukierunkowanie przynajmniej jednego z du�ych statk�w. A mo�liwe, �e wszystkich trzech. Tak jakby statki, kt�re tam by�y, oddali�y si�, a zadekowa�y nowe.
    Zimny dreszcz przebieg� mi po plecach.
    - Albert! - s�owa z trudem przechodzi�y mi przez gard�o. - Czy wiesz, co to mo�e znaczy�?
    - Jasne, Robin - odpar� uroczy�cie. - �e Fabryka Po�ywienia nadal funkcjonuje. Czyli, �e nadal przetwarza gazy kometarne na po�ywienie CHON. I gdzie� je wysy�a.
    Z wysi�kiem prze�kn��em �lin�, a Albert m�wi� dalej.
    - Ponadto stwierdzono du�e jonizuj�ce promieniowanie w otoczeniu. Przyznaj�, �e nie wiem, sk�d si� bierze. - Czy jest gro�ne dla grupy Herter-Hall?
    - Wydaje mi si�, �e nie. Nie bardziej, ni� na przyk�ad programy piezowizyjne. Nie chodzi o ryzyko. Zagadk� jest dla mnie tylko jego �r�d�o.
    - Czy nie mo�esz ich poprosi�, �eby to sprawdzili?
    - Ma si� rozumie�, Robin, ju� to zrobi�em. Ale odpowied� dotrze dopiero za pi��dziesi�t dni.
    Zwolni�em go i zag��bi�em si� w fotelu, �eby pomy�le� o Heechach i o wszystkich zwi�zanych z nimi osobliwo�ciach.
    I wtedy si� zacz�o.
    M�j fotel jest skonstruowany tak, by zapewni� maksimum wygody i stabilno�ci, ale tym razem omal si� nie wywali�em. W u�amku sekundy opanowa� mnie b�l. I nie tylko b�l - by�em oszo�omiony, zdezorientowany, mia�em nawet halucynacje. Czu�em si� jakby za chwil� moja g�owa mia�a p�kn��, p�uca trawi� mi ogie�. Nigdy nie czu�em si� tak chory - psychicznie i fizycznie. I jednocze�nie zacz�y mi si� przesuwa� przed oczyma jakie� niewiarygodne orgie seksualne.
    Chcia�em wsta� - nie mog�em. Opad�em z powrotem na fotel zupe�nie bezradny.
    - Harriet! - wykrztusi�em. - Wezwij lekarza! Min�y trzy pe�ne sekundy zanim odpowiedzia�a, a obraz, kt�ry si� pojawi�, migota� gorzej ni� obraz Mortona.
    - Panie Broadhead - odrzek�a, dziwnie zmartwiona. - Nie potrafi� tego wyja�ni�, ale wszystkie ��cza s� zaj�te. Ja... ja... ja... - Nie tylko powtarza� si� jej g�os, jej g�owa i cia�o wyda�y mi si� kr�tk� p�tl� ta�my video, ci�gle od nowa odtwarzaj�cej ten sam pocz�tek s�owa i przewijaj�cej si� do pocz�tku, �eby wszystko rozpocz�� od nowa.
    Spad�em z fotela na pod�og� i moj� ostatni� logiczn� my�l� by�o:
    - To Gor�czka.
    Jej nawr�t. Gorszy ni� kiedykolwiek przedtem. By� mo�e gorszy ni� potrafi�bym prze�y�, i tak ostry, tak bolesny, przera�aj�cy, psychotycznie dziwny, �e wcale nie by�em pewien, czy chc� go prze�y�.



Strona g��wna     Indeks